Przyznam, że z ciekawością zerkam na karierę polityczną Radosława Sikorskiego. W końcu to (regionalnie) „nasz człowiek”, skończył nawet ten sam ogólniak, co mój syn. No i żonę ma bardzo, że tak powiem, nietuzinkową, w której cieniu można wprawdzie zblaknąć, albo i nie… Wicepremier Radosław Sikorski dzierży w rządzie Donalda Tuska tekę spraw zagranicznych, jest takim ministerialnym dyplomatą. A to robota mocno powściągająca temperament polemiczny autora słynnej frazy o „dorżnięciu watahy”, co minister zdaje się znosić całkiem nieźle. Tylko czasem rolę swoistego wentyla bezpieczeństwa pełni platforma X, gdzie pozwala sobie na język trochę mniej dyplomatyczny.
Dlaczego ja o tym, nie jest pewnie specjalnym zaskoczeniem. Asocjacje narzucają się same, bo rzecz dotyczy dyplomaty, jak powinniśmy zapewne myśleć o ambasadorze USA w Polsce. Jest z tym jednak pewien kłopot i nie chodzi o to, że Thomas Rose debiutuje w tej roli, bo administracja Donalda Trumpa rzadko czym może jeszcze nas zaskoczyć, ale czasem brak profesjonalizmu niesie z sobą opłakane skutki. Nie mając pojęcia jakie będą owoce zabiegów kolegi amerykańskiego prezydenta – dewelopera Witkoffa uczynionego numerem 1 w światowym rankingu pokojowych negocjatorów, uważam że pan Rose to żaden dyplomata. Choć jakimś dlań usprawiedliwieniem jest postawa jego szefa, bowiem o działaniach Donalda Trumpa można powiedzieć wiele, ale nie to, że są dyplomatyczne. Jaki pan, taki kram…
Nie mam siły w kółko powtarzać, że prezydent najpotężniejszego mocarstwa jest w swym postępowaniu nieprzewidywalny i uznaje tylko działanie z pozycji siły. Równie interesującym jest jego egocentryzm i wyjątkowo narcystyczny rys osobowości, co skutkuje m.in. zafiksowaniem się na przyznanie mu pokojowej nagrody Nobla. Jak nie po dobroci, to może sposobem? Kto wie, czy nie taka desperacka amerykańsko-izraelska myśl towarzyszyła nadawcom listu rozesłanego na cztery strony świata, w którym ów świat uprasza się o poparcie kandydatury Donalda Trumpa do wymarzonego Nobla… Totalna żenada! I nie przekonuje mnie uwaga ministra Sikorskiego, że w dyplomacji to nic nowego. Nawet z załączonym czymś w rodzaju gotowca (pozytywnej!) odpowiedzi.
Pech chciał, że w Polsce list trafił na biurko Marszałka Sejmu RP już po personalnej zmianie, która obsadziła w tej roli szefa Nowej Lewicy, Włodzimierza Czarzastego. Ten, jak można usłyszeć, na tę sugestię odpisał odmownie, acz w słowach wyważonych, by nie rzec dyplomatycznych. Tymczasem na konferencji prasowej, chyba w ramach budowy wizerunku polityka stanowczego i niesterowalnego, marszałek poszedł, tak myślę, „o jeden most za daleko”. A przecież powiedział głośno tylko to, co większość myśli! Że prezydent USA, takimi pomysłami, jak np. Rada Pokoju, destabilizuje światowy porządek, że uprawia politykę transakcyjną, że wyciąga rękę po Grenlandię, jak po swoje, że obraża żołnierzy państw sojuszniczych, którzy walczyli w Afganistanie czy Iraku ramię w ramię z Amerykanami, a nie dekowali się na tyłach, że łamie prawo międzynarodowe, że – w końcu – wniosku o pokojowego Nobla dla Trumpa nie poprze, bo nań nie zasłużył.
Sama prawda, więc w oczy kole… Nic z tych rzeczy! Trochę zawrzało w światku dziennikarskim, ale w PiSie cisza, reakcji brak. Aż tu nagle, na czwarty dzień po konferencji, wybuchła bomba: ambasador USA w Polsce Thomas Rose wydał oświadczenie o zerwaniu stosunków z marszałkiem Czarzastym, gdyż ten obrzucił prezydenta Trumpa niecnymi słowy, obelgami wprost. I zaczęło się polskie polityczne piekiełko! No bo, jak można tak traktować naszego głównego sojusznika, pytano głośno, a tu i ówdzie dało się słyszeć o postkomunistycznej proweniencji pana Czarzastego. Jakby on ukrywał swą pezetpeerowską przeszłość, a opozycja niemal przed chwilą nie zagłosowała za jego wyborem na fotel marszałka!
Ważąc słowa, niezbyt konfrontacyjny głos dał w sprawie premier Tusk, tymczasem ambasador Rose zagroził Polsce wycofaniem wojsk amerykańskich, ale wpis szybko usunął, zaś przebywający w jaskini lwa, za oceanem minister Sikorski rzekł spokojnie, że przybywszy do ojczyzny będzie chciał się dowiedzieć, czy stanowisko Toma Rose`a jest stanowiskiem li tylko ambasadora, czy też Białego Domu. Czyli znowu bardzo dyplomatycznie, ale doświadczony recenzent polskiej sceny politycznej musiał zwrócić uwagę, że Radosław Sikorski będzie również chciał wiedzieć czy w tej sprawie „była jakaś koordynacja z naszą opozycją”. Jednym słowem, czy do świętego gniewu pana ambasadora nie przyczyniły się jakieś niecne podszepty wrogów rządu Tuska. Ciekawe bowiem, dlaczego te niby „obelgi” skierowane przez marszałka do prezydenta Trumpa doczekały się ambasadorskiej reakcji dopiero po upływie kilku dni?
To nie musi być wcale „political fiction”, gdyż nie jest tajemnicą, że Donald Trump ma po prawej stronie polskiej sceny politycznej gorących zwolenników gotowych bronić go przed znienawidzoną koalicją rządową. A który z nich cieszy się opinią najbardziej walecznego pod nieobecność szeryfa – twardziela, co to obecnie pręży muskuły zdalnie, bo z Budapesztu? Oczywiście, prezydent Karol Nawrocki, który i bitny jest, i nieukrywający fascynacji Donaldem Trumpem. To on rzucił więc rękawicę marszałkowi Czarzastemu i chcąc go ukarać za dworowanie z Wielkiego Brata zza oceanu zdecydował, że Rada Bezpieczeństwa Narodowego zajmie się jakimiś biznesowo-towarzyskimi kontaktami pana marszałka. Co usłyszawszy, ten z kolei zapragnął w odwecie rzucić więcej światła na pewne mroczne zakamarki z przeszłości prezydenta Karola Nawrockiego. Uff…
Ale spokojnie, drodzy rodacy! To wszystko z myślą o nas, o naszym bezpieczeństwie! Żebyśmy czuli się zaopiekowani przez państwo, o czym solennie zapewniają obie strony. I nie takie byle jakie, tylko Pierwsza i Druga Osoba w państwie… Masakra! Ale jeśli przecieki z dzisiejszych obrad RBN potwierdzą, że obie te najważniejsze Osoby w państwie nadal zajmują się duperelami, to, jakem świadoma obywatelka, oświadczam, że wymówię takiemu państwu posłuszeństwo. Tyle, że szlag mnie trafia, bo po 15 października 2023 roku, to miało być w końcu moje państwo.


