Wyobraźcie sobie, proszę, że wasze – skądinąd bardzo wygodne – łóżko nieoczekiwanie ląduje w samym sercu Wielkiej Pardubickiej. Z wami „na pokładzie”, choć zaskoczeni uchylacie kołdry tylko na tyle, by zorientować się w nowej lokalizacji. Bo, równie niespodzianie, możecie ocknąć się pośród morza ekstrawaganckich kapeluszy, w centrum wyścigów w Ascot! Albo bliżej znanego, swojskiego, a przecież i tak dalekiego od sypialni, świata, jakim jest stołeczny Służewiec. – Tu czy tam, zawsze lądujemy z łóżkiem pośród galopujących koni, których tętent nie jest kojącą kołysanką – powie ktoś i doda, że coś na nerwy jednak by się zdało. Nikt bowiem nie wie, o co tu chodzi?
GALOPOWANIE PO ŚCIANIE
O remont chodzi, kochani, remont mojego mieszkania! Przepraszam wszystkich, którym wersy o wędrującym łóżku przywołały baśń o latającym dywanie czy inne obrazy z krainy czarów. Tymczasem trudno o bardziej prozaiczną sytuację: żadnej magii, tylko wszechobecny rozgardiasz. Przewalanie z kąta w kąt rzeczy, którymi przez lata obrośliśmy, a teraz, gdy wytargaliśmy je z mrocznych zakątków, nie możemy się nadziwić, że przechowujemy tyle rupieci. Ale kiedy, już, już, desperacko zabieramy się za ostrą selekcję, dopada nas jakiś dziwny smuteczek. Robimy się sentymentalni w obliczu historii, jakie towarzyszą każdej, byle jakiej „durnostojce”. Bo to albo prezent od kogoś bliskiego, albo wspomnienie ukryte w sercu na dnie… A czasem pozbyć się czegoś po prostu nie wypada. Cóż, okołoremontowe oczyszczanie przestrzeni na „dni, których jeszcze nie znamy”, łatwe nie jest.
OK, ale co z łóżkiem wędrującym śladem galopujących rumaków? Przyznaję – poniosła mnie fantazja… Jednak tylko odrobinę, zważywszy, że zostałam sprowokowana! Przez farbę, a w zasadzie przez kogoś, kto wymyślał nazwy dla bogatej palety barw jednej z wiodących firm w tej branży. Ten lub ta, to dopiero mieli fantazję! Jeśli bowiem potrafię sobie wyobrazić kolor „Dzikiej plaży”, to „Figlarny ametyst” czy „Zaczepny bursztyn” już niekoniecznie. Jednak dopóki w nazwie figurują znane kamienie, jakoś daję radę, gorzej, gdy nazewnictwo uderza w poetyckie tony i mamy „Wschód słońca”, albo „Wakacyjną podróż”. Ale są i określenia kompletnie, że się tak wyrażę, odjechane, jak to dotyczące farby, która znalazła się na ścianach mojej sypialni, a zwie się… Tak, dobrze się domyślacie, to „Wyścigi konne”! Z ciekawości zapytam, jak obstawiacie, co to za kolor? Otóż, beż, zwykły, pospolity beż. I gdzie tu asocjacje z odwiedzanymi obowiązkowo przez tzw. wyższe sfery wyścigami w Ascot?
CZARY, MARY – PIRYT SZARY
Ci, co bliżej mnie znają, wiedzą, że mam lekkiego fioła na punkcie kolorów. A ekipa remontowa, choć ją uprzedzałam, jeśli początkowo nie była tego świadoma, szybko przyswoiła ów fakt mojej słabości. Prawdę mówiąc, nie miała innego wyjścia, skoro inwestorka (dobrze brzmi!) trzykrotnie jeździła oddawać puszki i nurkowała pośród wielkich regałów w poszukiwaniu nowego koloru. Bo ten, który teoretycznie pasował, na ścianie stawał się agresywny i gryzł się ze świeżo położonymi płytkami kuchennymi. Stąd wniosek, że pudrowy róż absolutnie nie pasuje do „Pachnącego bzu”, jak ochrzczono rzeczoną farbę. A że łatwiej zmienić farbę, niż zrywać płytki, to oczywistym wydało mi się, że aby pogodzić dwie gryzące się ściany, pójdę w neutralne szarości. Są bardzo modne, więc i wszechobecne, czego nie rozumiem, ale uległam zakupiwszy „Piryt szary”.
Kolor ładnie prezentował się na sklepowym wzorniku, ale – nomen omen – na szaro zrobił mnie dopiero na ścianie. Miał zastąpić „Pachnący bez”, a niczym się od niego nie różnił, za to był jakiś taki … mniej szlachetny! No to inwestorka hop w kamasze, do auta i dalej oddawać się czynnościom znanym z dnia poprzedniego. Obsługa już witała mnie, jak dobrą znajomą, służyła pomocą i rada w radę wybór padł tym razem na „Pole lawendy”. O mały włos dałabym się wywieźć w to pole, gdy w ciemnym garażu podziemnym przyszło olśnienie, że nie mam testera farby, a rozdziewiczanie kolejnej puszki jest tyle ryzykowne, co kosztowne. Zatem w tył zwrot i po raz kolejny między regały… Niestety, testera na stanie sklepu nie było (!), więc nadwerężając rodzinną już prawie więź z obsługą, przyjęłam pozę pewnej swego inwestorki, porzuciłam lidera wśród farb i zadowoliłam się firmą skromniejszą, w której nabyłam „Wrzosowy świt” z testerem. Kafelkom pasuje, a ja oswajam myśl, że słowo świt to nie tylko wstawanie „skoro świt”, czy „bladym świtem”, czego serdecznie nie lubię. Jestem na dobrej drodze, co jedynie potwierdza moją wiarę w siłę koloru.
Z BARWNEGO ROZPĘDU DO OBŁĘDU
I nie narodziła się ona teraz, na okoliczność obecnego remontu. Wprawdzie hasło przewodnie tego, jak i poprzednich brzmiało „ani jednej białej ściany”, ale skłonność do ubarwiania życia noszę w sobie od dawna. Na sobie też, stąd niektórzy nazywają mnie „kolorowym ptakiem”, co dało się zauważyć nawet w przedwczesnym epitafium popełnionym przez redaktorkę, która uśmierciła mnie przeczytawszy – najwyraźniej bez zrozumienia – jeden z moich felietonów. Jej, ale też wszystkim pozostałym, którzy widzą we mnie „kolorowego ptaka” chcę uprzytomnić, że w Bydgoszczy absolutny prymat w tej kategorii należy do pani Danusi, starszej ode mnie o dobrą dekadę, a z gracją młódki przemierzającej na obcasikach miasto wzdłuż i wszerz. Zresztą ta prawdziwie barwna postać doczekała się już – i bardzo dobrze – portretów we wszystkich niemal mediach.
Mnie z panią Danusią, oprócz ulubienia kolorów, łączy jeszcze … wspólna fryzjerka, od której po raz pierwszy usłyszałam o tej zjawiskowej bydgoszczance. Pomimo takich koneksji, do dziś nie wiem czy traktuje ona kolor terapeutycznie, bo ja tak. A że jestem szczęśliwą posiadaczką balkonu, po każdej „zimnej Zośce” pojawiają się nań pelargonie, zawsze w tonacji od bzu do fuksji. Są więc jak kolorystyczne przedłużenie mieszkania, ale przede wszystkim najlepszy antydepresant. I chociaż w tym roku wdzięczne (bo mało wymagające) pelargonie kwitły aż do połowy listopada, to gdy ich zabrakło, a zbliżał się remont, wpadłam na szatański pomysł. Zrobię sobie ścianę terapeutyczną! Żeby słowo ciałem się stało wyszukałam odjazdową tapetę w kratkę różowo-fioletowo-pomarańczową, istne cudo. Dla mnie, bo inni – również fachowcy – byli bardziej powściągliwi w wyrażaniu swego zachwytu. Zgadując jakimi meandrami krążą ich myśli, wypaliłam, że to raczej ściana obłędu, co przyjęto z uśmiechem. I o nic innego nie chodziło! W tym tkwi moc terapeutyczna szalonej kratki, na którą lecę popatrzeć, gdy dopada mnie chandra.

PS. Wtajemniczona w moje kolorowe odloty, zaprzyjaźniona osoba, której dałam namiary na ekipę remontową, postanowiła zapewnić fachowców, że u niej wszystko będzie na biało. Tak na wszelki wypadek.
KATARZYNA KABACIŃSKA


