13.6 C
Bydgoszcz
piątek, 21 czerwca, 2024
spot_imgspot_imgspot_imgspot_img

JULO RAFELD: Taka sobie historia… część 2

Pan Mietek znów dał się namówić na zwierzenia i oto spisany przeze mnie ciąg dalszy jego historii.

Nie będę czarował i nie powiem, że jestem dumny z tego, jak daję sobie radę. Ale przecież nie żeruję na biednych. W innym zakresie też mam oczywiście potrzeby, bo oprócz jedzenia trzeba czasem kupić coś jeszcze, na przykład ciuch. Więc znowu gram w durnia z tak zwaną ochroną w markecie. Załóżmy, że potrzebuję nowych spodni. Noszę się skromnie, zatem dżinsy. Nie rzucam się na luksusy, ot, takie za pięć, sześć dych.

W tym samym lub w innym markecie, obojętnie, kupuję je normalnie i kwadrans później oddaję do przechowalni, schowane w torbie, którą pani pieczętuje i wydaje mi numerek. Gdzieniegdzie zamiast tego są szafki. Biorę ze sobą paragon i wracam na salę. Wynajduję identyczną parę, wałęsam się trochę pomiędzy regałami, zanim wychodzę i jeśli przy wyjściu zdarzy się kontrola, okazuję ochroniarzowi paragon, dowodzący, że spodnie kupiłem kilka minut wcześniej. Nigdzie nie robią trudności z tego powodu, że wracasz na salę po zakupie, szukając jeszcze czegoś o czym wcześniej niby zapomniałeś. W każdym razie po kolejnym kwadransie zjawiam się przy punkcie reklamacji, aby dokonać zwrotu towaru w stanie nienaruszonym, na który mam kwit zakupu. Bez problemu odzyskuję te pięć czy sześć dych, odbieram torbę i w rezultacie mój bilans zakupów jest następujący: mam sześćdziesiąt złociszy gotówką, nowe dżinsy i flaszeczkę Soplicy. W mieście jest kilka dużych marketów, więc pełną rundkę daję radę zrobić w dwa dni. Potem tydzień, dwa przerwy i od nowa. Na szczęście mam jeszcze dobrą pamięć i dbam o to, by raczej nie trafiać na tych samych ludzi z obsługi i ochrony. Ci się zresztą często zmieniają.

No, ale wracając do dzisiejszego dnia, ciąg dalszy tematu środy i dlaczego jest taka fajna. Po południu czas pomyśleć o podwieczorku, a w środy podają go o siedemnastej trzydzieści w takim jednym osiedlowym klubie. Tego dnia odbywają się otwarte autorskie spotkania artystyczne, głównie poetyckie, lecz nie tylko. Uczęszczam, chociaż z poezją nie mam nic wspólnego. Ale zawsze jest tam elegancki poczęstunek, kawka, herbatka, ciastka. Trudno, ale wypada poświęcić te półtorej godzinki i odsiedzieć całą imprezę. Zwłaszcza, że często serwują do tego winko, które w kieliszkach czeka już na stolikach na gości. Jako że rzadko przychodzi komplet, to jak się człowiek sprytnie zakręci, zaliczy trzy albo i cztery lufy. W mieście jest kilka podobnie działających klubów i do nich też zaglądam. Pewnie tak się umówiły, że każdy organizuje imprezy innego dnia tygodnia, no to pasuje jak ulał, rozrywka jest permanentna, a i udział w kulturze też się liczy. Nigdy jednak nie siadam za blisko czoła, żeby nie kusić losu i nie zostać wyrwany do wypowiedzi. Chociaż prawdę mówiąc, zdarzyła mi się raz chętka by tak sam z siebie zabrać głos, kiedy ktoś plótł ewidentne takie dyrdymały, że człowiek męczył się słuchaniem. Ale to był jakiś filozof-poeta. Same ogólniki i slogany, zero konkretu. Podejrzewałem, że gdyby go zapytać o godzinę, najpierw przez kwadrans gadałby o względności czasu.

Nie wspomniałem jeszcze o licznych sobotnich spotkaniach towarzyskich na mieście. W centrum, niedaleko parku, jest taki zakątek z ceglanymi kolumnami i drewnianym ażurowym zadaszeniem, gdzie się spotykamy. Godzinka paplaniny i gdy już się zbierze cała ekipa, ruszamy kawałek dalej, na podwórko starej kamienicy. Osłonięte od ulicy i ciekawskich, idealnie nadaje się na małą biesiadę. Każdy coś przynosi i w sumie jest tego tyle, że schodzi nam nieraz do samej północy. Ja nie piję wódki, więc wnoszę do puli te małe flaszeczki z Soplicą albo Krupnikiem, zależnie od marketu; tę ostatnią to akurat z Carefoura. Za to bez krępacji korzystam z piwka, pieczywa i drobno pokrojonego kabanoska, najprawdopodobniej podobnego pochodzenia jak i moje dary. Ale wszystko jest zawsze w porządku, świeże i nikt się na nic zdrowotnie nie skarżył. Zwykle jest nas ośmiu do dziesięciu chłopa, chyba że ktoś akurat przyprowadzi jakąś cizię. Rekordzista, taki jeden Maras Kutaras, przyszedł raz z pięcioma! Czaisz? Pięć studentek skołował prosto z dworca, gdy mu się zwierzyły, że spóźniły się na pociąg i następny mają dopiero rano. No, wszystkich pięciu naraz nie było gdzie przechować, więc niektórzy dżentelmeni ofiarowali się zadbać o pojedyncze sztuki, ale panny nie zdecydowały się rozdzielić. Owszem, napiły się z nami i żałowały, że są tylko przejazdem, taka z nas okazała się miła kompania. Muszę przyznać, że chłopy zachowały się przyzwoicie. Tylko dwóch się porzygało, ale dyskretnie, w ciemnym kącie. Jedna z nich, Malinka, doiła równo i dała się namówić na mały występ. Rozebrała się co prawda tylko do majtek i stanika, ale i tak mieliśmy niezły show. Ten wieczór wspominaliśmy z pół roku. Niestety później podobnych artystek nie pamiętam, ale może dlatego, że nie we wszystkich imprezach brałem udział. Trafiła mi się przerwa w życiorysie. Pechowo złamałem nogę, zaczęły się komplikacje i wylądowałem na dłuższy czas na państwowym, szpitalnym wikcie. Teraz powoli dochodzę do formy i niedługo zamierzam wrócić do działania, bo w czasie tej laby wpadło mi do głowy parę nowych pomysłów.

Tyle na razie. Pan Mietek obiecał, że kiedyś jeszcze ze mną pogada…

JULIUSZ RAFELD

Podobne artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Pozostańmy w kontakcie

252FaniLubię
496SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -spot_img

Ostatnio dodane