3.2 C
Bydgoszcz
poniedziałek, 22 kwietnia, 2024
spot_imgspot_imgspot_imgspot_img

Okiem prof. Mariusza Guzka: Norweskie bohaterstwo wojenne jako widowsko filmowe

Kino północne, nordyckie, skandynawskie (ja je zwał tak zwał) było w powojennym pejzażu kultury europejskiej reprezentowane głównie przez mistrzów spod znaku wytwórni Svenskindustri: Ingmara Bergmana i Bo Widerberga. Ich ponad dwudziestoletnią nieobecność zepchnęła produkcje szwedzkie na terytorium peryferyjne, słabo rozpoznane w codziennych praktykach popkulturowych i niezbyt często goszczące w repertuarach kin. Jedynym wyjątkiem był nordic noir (scandi noir) – nurt telewizyjnych seriali, posiłkujących się popularnością skandynawskich powieści kryminalnych takich autorów jak Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Stieg Larsson czy Norweg Jo Nesbø. Warto jednak poszukać innych produkcji, nie tylko szwedzkich, które próbują odpowiedzieć na pytanie, jakie są narodowe cechy ludzi północy, na jakich wartościach opierają dzisiejsze wyzwania i wreszcie, co ich (szwedzka, norweska, duńska) historia wniosła do skomplikowanych dziejów kontynentu.

Nie wiem, czy te właśnie pytania motywowały twórców zrealizowanego z rozmachem w 2017 roku dramatu wojennego „Dwunasty człowiek”. Raczej nie! Międzynarodowa ekipa z holenderskim reżyserem Haraldem Zwartem (od kilku lat konsekwentnie pracującym w Norwegii) i angielskim gwiazdorem Jonathanem Rhys Myersem w złowieszczej roli zbrodniarza wojennego Kurta Stage, dążyła do stworzenie przejmującego dramatu historycznego, pełnego pościgów, ucieczek i… wzruszających dylematów, przed jakimi scenarzysta Peter Skavlan postawił swoich bohaterów. Tytułowym dwunastym człowiekiem jest autentyczny norweski bohater Jan Baalsrud. Jego filmowy wizerunek nie narusza owego heroizmu, choć w rzeczywistości misja, w której uczestniczył w okupowanej Nowegii w 1943 roku była kompletną klapą organizacyjną, a niemal całkowita zagłada biorących w niej udział komandosów spowodowała konspiracyjną niefrasobliwość.

Niewiele dowiadujemy się zresztą z ekranu o samej „Operacji Martin”, której celem było zniszczenie niemieckiej wieży kontrolnej w Bardufoss i zrekrutowanie ochotników do miejscowego ruchu oporu. Akcja koncentruje się na ucieczce Baalsruda z obławy i próbie przekroczenia granicy z neutralną Szwecją. Thomas Gullestad, któremu powierzono główną rolę nie szarżuje, tworząc raczej portret bojownika, pozostającego w okowach niesprzyjających okoliczności niż stawiającego im heroiczny opór. Dyskretny sposób prowadzenia tej postaci przydał jej wiarygodności, a sceny obrazujące fizyczne cierpienie, spowodowały że niemal współodczuwamy z ekranowym protagonistą jego ból. Zresztą ten aspekt został zaakcentowany z wiwisekcyjną precyzją. Pomijam sekwencję, w której Jan musi amputować zainfekowany kawałek stopy (operator – Geir Hartly Andreasse nie oszczędza nam zbliżeń, co może mniej wytrzymałych widzów nieco skonsternować), ale niemal w każdej minucie filmu pokazane są: okrucieństwo, surowość i osamotnienie. Rzecz jednak nie tylko w tym, że szczególny kontekst jaki tworzy brutalność niemieckiej okupacji stanowi zagrożenie. Przeciwnikiem Baalruda jest przyroda, pora roku i… poczucie niepewności, które towarzyszy mu w każdym momencie.

„Dwunasty człowiek” to film, który miał historię, znaną z podręczników norweskiej historii pokazać międzynarodowej publiczności. Dlatego nad całością unosi się duch sprawdzonego narracyjnego porządku – pojedynku między dobrem i złem. Zło reprezentuje cały okupacyjny aparat policyjny, a jego twarzą Zwart czyni pochodzącego z Wielkiej Brytanii aktora Jonathana Rhys Myersa. Przyznam, że ten twórczy zabieg nie do końca do mnie przemówił. Rhys Meyers, znany z seriali o dynastii Tudorów czy przygodach Ragnara Lodbroka ma przekonujące emploi, ale tym razem aż nadto ocieplił portret granej przez siebie postaci. Uporczywie dążąc do ujęcia zbiegłego komandosa, szef lokalnego gestapo prowadzi grę, którą jesteśmy w stanie, jako widzowie zaakceptować, choć nie akceptujemy jego motywacji. W tym aspekcie „Dwunasty człowiek” staje się bardziej opowieścią sensacyjną, niż historycznym dramatem. Zatem komuś nie obeznanemu z pozaekranowym kontekstem, informacja zawarta w napisach końcowych, że uznany za zbrodniarza wojennego Kurt Stage został skazany na śmierć i stracony w 1947 roku, może wydać się dysonansem.

Traumatyczny, narodowy wymiar snutego opowiadania nie koncentruje się jedynie na poświęceniu Jana Baalruda. Równoprawnymi bohaterami są ci Norwegowie, którzy umożliwiają mu wyrwanie się z łap gestapo, ryzykują i poświęcają swoje życie, a także głośno wyznają wiarę w humanistyczne wartości. Role zagrane przez Madsa Sjøgårda Pettersena i Marie Blokhus jako rodzeństwa Grønvoll zostały właśnie tak pomyślane, aby nie epatować nadmiarem krzykliwej dezynwoltury, a podkreślać zwyczajność i naturalność dokonywanych wyborów. Zdjęcia Geira Hartlego Andreassego, operatora specjalizującego się w filmowej epice (ma na koncie pracę przy „Wyprawie Kon-Tiki” czy znanym z wideo  innym dramacie wojennym „Max Manus”) są rozdarte między pokazywaniem indywidulanego cierpienia poszczególnych uczestników tego spektaklu a surowością północnej natury. Stąd w „Dwunastym człowieku” tyle samo planów psychologicznych ile panoramicznych ujęć, ukazujących surowe i groźne piękno norweskich fiordów.

Polskim widzom film się spodobał, choć niektórzy narzekali na długi metraż i mało dynamiczny sposób prowadzenia narracji. Większość jednak podkreślała umiejętne dostosowanie wymogów polityki historycznej do widowiskowych oczekiwań, szerszych niż narodowa publiczność. W licznych postach radzili nawet, by produkcja polskich filmów historycznych kierowała się takimi samymi zasadami, pokazując jedynie nieskazitelnych bohaterów i heroiczne epizody. Mam nieco odmienne zdanie na ten temat.

Mariusz Guzek

Podobne artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Pozostańmy w kontakcie

252FaniLubię
463SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -spot_img

Ostatnio dodane