W naszym powyborczym garncu ciągle wrze. Mam nawet wrażenie, że ten i ów dorzuca do paleniska jakiegoś łatwozapalnego newsa i ogień wybucha ze zdwojoną siłą. Zresztą ja sama zaliczam jeszcze raz po raz wybuchy wtórne. Do tego, gdy 1 czerwca o godz. 21.00 zobaczyłam, jak niewielką przewagę ma Trzaskowski nad Nawrockim dobiło mnie miejsce tuż za podium, które wyborcy przyznali Braunowi. To był ostry dysonans poznawczy, że zacytuję pewnego zdolnego młodego człowieka. Jestem daleka od spiskowych teorii, ale wówczas zakiełkowało we mnie bolesne podejrzenie o przerżnięciu tych wyborów. Co, jak wiemy, stało się ciałem.
Często powtarzam, że każda generalizacja obarczona jest błędem i taki los spotkał powyższe stwierdzenie. Bo faktem jest, że przerżnęliśmy, ale że świadomość tego po stronie demokratycznej jest powszechna, to już nieuprawnione uogólnienie. Gdzieś tam dopatrzono się nieprawidłowości w liczeniu głosów, gdzieś pomylono kandydatów, jeszcze gdzie indziej korzystano z wrażej apki. I… dalej słać protesty, kolportować petycję o ponowne policzenie głosów, a tu i ówdzie usłyszeć można nawet głosy o sfałszowaniu wyborów!
Wytoczono więc naprawdę ciężką artylerię. Niby Tusk, czy Bodnar zrazu próbowali łagodzić te oskarżenia tłumacząc, że każdy obywatel powinien mieć świadomość wagi swego głosu. Wyborca musi wiedzieć, że jego głos został poprawnie policzony oraz zakwalifikowany zgodnie z jego intencją. W przeciwnym razie straci zaufanie do państwa i uzna, że jego udział w wyborach nie ma sensu. Ale mleko się rozlało, co PiSowska strona skwapliwie wykorzystuje do wytykania Koalicji 15 października, że ta nie potrafi pogodzić się z porażką. A mnożące się protesty to tylko woda na opozycyjne młyny…
Muszę przyznać, iż od początku krytycznie patrzyłam na to, jak dajemy prawej stronie pożywkę do deprecjonowania biorących udział w dyskusji o nieprawidłowościach wyborczych. Złościłam się, gdy niektórzy wierzyli, że z błędów i pomyłek uzbieramy 370 tysięcy głosów dzielących Trzaskowskiego od Nawrockiego. Uważam tę postawę za naiwną i szkodliwą, bo dającą złudną nadzieję na odwrócenie wyniku wyborów i oznaczającą jednocześnie dobrowolne wpisywanie się w PiSowską narrację o zaklinaniu rzeczywistości, w której prezydentem RP zostaje Karol Nawrocki! Nieco z dystansu więc obserwowałam coraz większe wzmożenie wśród „naszych”, do czego dołożył się jeszcze fakt, że organ, gdzie trafiają te wszystkie protesty jest ciałem niekonstytucyjnym i TSUE nie uznaje go za sąd.
Dobrze jednak byśmy pamiętali, że w wyborach parlamentarnych z 2023 roku Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN była dla strony demokratycznej „cacy”. A teraz co ? Teraz ta sama Izba SN jest „be”? Uff… Mówiono wprawdzie: łatwo nie będzie, ale jak trudno jest „odZiobrzyć” wymiar sprawiedliwości chyba nikt nie przewidział. Tak, jak 56 tysięcy protestów, które zalały ową nielegalną Izbę. Termin ich rozpatrzenia upływa z dniem 2 lipca, więc elektorat jest w strachu, że czasu mało… Niepotrzebnie! Pani Manowska, piastująca funkcję pierwszej prezes SN właśnie obwieściła gotowość już na 1 lipca, uznając większość protestów za zorganizowaną przez mec. Giertycha akcję „kopiuj-wklej”. Indywidualne protesty potraktowano zbiorczo? Na to wygląda. A przy tym odrzucono sugestię, opartą podobno o czystą matematykę, że w ponad 1400 komisjach są anomalie, co należałoby zbadać.
Zdania pani Manowskiej nie podziela prokurator generalny, minister sprawiedliwości Adam Bodnar, który zwrócił się do SN o przeliczenie głosów właśnie w tych ponad 1400 komisjach. Oficjalnie – bez większych złudzeń, że zmieni się wyborczy wynik, za to ze świadomością, że państwo nie zlekceważyło żadnego głosu. I tego wrzuconego do urny, i tego podnoszonego w proteście. Bo to fundament demokracji. Tyle, że przy tej liczbie „podejrzanych” komisji nienaruszalność dotychczasowego wyniku wyborów prezydenta RP już nie jest taka pewna. Póki co syndrom „wędrujących głosów” stwierdzono ledwie w kilku komisjach. Gross z nich to wędrówki na niekorzyść Trzaskowskiego. Przypadek? Pytań i wątpliwości przybywa, co prawnik to inna interpretacja zaistniałej sytuacji. A powiedzieć, że ta jest dynamiczna to nic nie powiedzieć! I do tego bardzo zagmatwana, co wcale nie łagodzi moich niepokojów, czy aby sztab Trzaskowskiego nie zlekceważył nieznanego szerzej szefa IPNu, który pierwsze przemówienie dukał z kartki.
Tymczasem Nawrocki okazał się pilnym uczniem, profesjonalnie prowadzonym przez doświadczonych spin-doktorów. I chociaż nawet ten kordon nie zapobiegł obnażeniu żenujących odsłon z życia faceta kandydującego do roli głowy państwa, nie utopiło to Nawrockiego. Przeciwnie – swój chłop, sprytny i bitny, który sam do wszystkiego doszedł, zawojował umysły PiSowskiego elektoratu. Zaś Trzaskowski jest salonowym jajogłowym, co to dostał wszystko na tacy, z talentem lingwistycznym włącznie. Że naród nie lubi elit powinni wiedzieć w jego sztabie wyborczym, ale jeśli panaceum na to miał być skręt w prawo, by połechtać konserwatywnego wyborcę, to zabieg był chybiony. Niestety, cała kampania składała się z wielu takich błędów, a platformersi po raz kolejny zachowali się tak, jakby pozjadali wszystkie rozumy.
Nie mam nic do towarzyskiego zaplecza pana Trzaskowskiego, ale kampania to trudna robota i warto zatrudnić profesjonalistów. A tak 2 czerwca obudziliśmy się z ręką w nocniku, tą samą która stawiała X przy nazwisku prezydenta stolicy. Bo pomimo licznych protestów, historia już się pisze… Z obsadą, która wpędziła mnie w stupor, a wyciągnęła zeń, choć na krótko, informacja, że gdyby głosowały tylko kobiety prezydentem RP zostałby Rafał Trzaskowski. Uczestniczki czarnych marszów, parad równości, aktywistki klimatyczne i bojowniczki o prawa kobiet. Jednym słowem – Polki świadome grzechu zaniechania, jaki wobec nich popełniła Koalicja 15 października. Ale u wielu właścicielek czarnych parasolek rozczarowanie wzięło górę i kazało zostać w domu.
Dla tych spod urn za to, że pomimo wszystko stanęły po stronie demokracji i dla odzyskania w II turze tych chwilowo zniechęconych, trzeba było w wyścigu do pałacu prezydenckiego starać się bardziej. Bo przy prezydencie Nawrockim, możemy zapomnieć o progresywnych postulatach. One są niczym zatruty ideologią gender sztylet wymierzony w samo serce naszej narodowej tożsamości. W ramach tarczy obronnej prezydent elekt proponuje nową mantrę: „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy!” O Polkach nie wspomina.
KATARZYNA KABACIŃSKA