Sorry, ale nie przeszło mi przez gardło, a w zasadzie przez klawiaturę, nazwanie prezydenta Trumpa „gołąbkiem pokoju”. Zresztą ani on pokojowy, ani przyjazny, gdy tak „grucha” ze światem. Jest jednak coś, co łączy go z gołębiem, bo wspólną bym nazwała ich skłonność do – ujmując rzecz metaforycznie – pozostawiania po sobie brzydkich śladów. A już na pewno – bałaganu i chaosu.
Przyznaję, że początkowo nie brałam poważnie doniesień o zabiegach prezydenta Stanów Zjednoczonych w sprawie pokojowej nagrody Nobla. Najogólniej mówiąc, styl bycia Donalda Trumpa nie skłaniał mnie do szczególnie poważnego traktowania słów tego pana. Mea culpa! – biję się w piersi ze skruchą osoby, która miała wygórowane oczekiwania wobec męża stanu stojącego na czele światowego mocarstwa. Moją naiwność polityczną uleczył sam bohater obwieszczając na prawo i lewo ile to wojen zakończył, jakim to plastrem na bitewne rany jest gałązka oliwna niesiona zwaśnionemu światu. Temu światu, który – choć pełen konfliktów – wyraźnie na to dictum przymrużał oko. A nie powinien i czerwona lampka rzadko gdzie zapaliła się na wieść o przywróceniu przez Trumpa Departamentowi Obrony starej nazwy – Departament Wojny. Symbolikę tej decyzji zlekceważono…
Tymczasem niespełniony laureat pokojowego Nobla w swoich poczynaniach coraz bardziej przypominał mi zanurzonego w PRL-owskich oparach absurdu bohatera spod znaku „zawód- dyrektor”. Tego, który w kultowej komedii „Poszukiwany, poszukiwana” majstrował przy makiecie osiedla przestawiając jeden z bloków w miejsce, jak się okazało, jeziora! Ale czy jakieś byle jezioro może stać dyrektorowi na drodze? Jasne, że nie, wszak można je przesunąć! To scena, którą ciągle mam pod powiekami i bez trudu wyobrażam sobie prezydenta Trumpa pochylonego nad mapą z palcem krążącym wokół Kanady, czy Kuby, złowróżbnie zastygłym nad Grenlandią, ale dopiero na Wenezueli ostatecznie się zatrzymującym.
Jeśli jednak „zmianę miejsca pobytu” wenezuelskiego dyktatora udało się zrobić szybko i sprawnie, to już przywołanie Iranu do nuklearnej cnoty sprawiło, że w bliskowschodnim kotle zawrzało. Na tyle, że na plan dalszy zeszły nawet spory o to kto kogo namówił do ataku na Iran: Trump – Netanjahu, czy odwrotnie, gdyż zarówno Ameryka, jak Izrael miały w tym regionie swoje interesy do załatwienia. I na pewno nie była to, deklarowana głośno, troska o Irańczyków prześladowanych za sprzeciw wobec zamordystycznych rządów islamskich fundamentalistów. Wprawdzie już w pierwszych dniach wojny strona amerykańska powiadomiła świat, że najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei został zlikwidowany, ale może to była jedna z nielicznych prawdziwych informacji ogłaszanych przez Donalda Trumpa. Do dziś bowiem nie jest pewne jaki etap osiągnęła operacja unicestwienia irańskich prób z bronią jądrową.
Wątpliwości podsyca fakt, że choć prezydent USA co raz melduje o tym, że irański reżim uczynił bezzębnym, świat słyszy o kolejnych atakach Iranu na bazy amerykańskich wojsk w regionie. Ten odwet okazał się być skuteczną strategią armii, której daleko do potencjału wojskowego najeźdźcy, ale nawet to zostało przebite przez irańską blokadę cieśniny Ormuz. Newralgicznego szlaku komunikacyjnego krajów Bliskiego Wschodu z resztą świata, który zatrząsł się w posadach z powodu braku płynności w dostawach głównie gazu i ropy naftowej. Ceny poszybowały w górę, ale użycie cieśniny Ormuz, jako karty przetargowej – twierdzą eksperci – nie powinno być zaskoczeniem. Że Trump tego nie przewidział specjalnie mnie nie dziwi, jednak ma chyba jakichś doradców?! Bo na Netanjahu, choć to szczwany lis, trudno było liczyć, tak pochłonęła go walka z Libanem.
Zatem pat? Nigdy w życiu! Przynajmniej w życiu prezydenta USA, który … zablokował blokadę w cieśninie Ormuz i przechwala się, że atak na statek wypływający z Zatoki Perskiej to dobra okazja, żeby zarobić tanim kosztem i – przy okazji – poczuć się jak rasowy pirat! Założywszy litościwie, iż to taki żarcik, warto, aby ktoś w końcu uświadomił prezydentowi, że jego rodakom wcale nie do śmiechu, gdy przychodzi czas płacenia rachunków już nie tylko na stacjach benzynowych. Ale choć strony ze 3 tygodnie temu zawarły coś na kształt rozejmu, przeciąganie liny trwa w najlepsze, presja jest ogromna, co sprzyja eskalacji działań wojennych. Teraz Teheran oczekuje reakcji Trumpa na 14-punktowy plan, który jednak zakłada równoczesne ustanie ataków Izraela na Liban, a rozmowy o broni jądrowej odkłada na później…
To w Białym Domu najpewniej nie spotka się z aprobatą, zresztą ostatnio główny lokator pełen jest pretensji do całego świata. Bo mało że wojnę z Iranem wywołał bez konsultacji z NATO, to obraził się, gdy państwa członkowskie nie pospieszyły z pomocą amerykańskim marines w cieśninie Ormuz. Okropna jest więc Hiszpania, premier Meloni to już była przyjaciółka, a Niemcy za krytykę polityki Donalda Trumpa zostaną ukarane wycofaniem z ich terytorium 5 tys. żołnierzy. To szacunki Pentagonu, na co prezydent rzuca buńczucznie: będzie dużo więcej! Jakby zapomniał, że sojusz ma charakter obronny, a on sam obiecywał wyborcom żadnej wojny nie wszczynać. Przeciwnie – te trwające wygaszać, jak na przywódcę marzącego o pokojowej nagrodzie przystało. Chyba, że – kreśląc kolejne odsłony operacji pod nazwą „Epicka furia” – prezydent Stanów Zjednoczonych celuje w Nobla z literatury… Uwadze dostojnego jury szczególnie polecam niespodziewane zwroty akcji – mistrzostwo świata!
KATARZYNA KABACIŃSKA