3.2 C
Bydgoszcz
poniedziałek, 22 kwietnia, 2024
spot_imgspot_imgspot_imgspot_img

…KATARZYNY KABACIŃSKIEJ: Pojednanie – utopijne zadanie?

   To nie będzie sprawozdanie z marszu, który 4 czerwca zalał ulice Warszawy tłumami zbuntowanych obywateli. Zresztą mieliśmy w TvOKO relacje reporterów z pierwszej ręki. Jednak nawet z pozycji telewidza wyglądało to imponująco. I budująco, bo w wielu z nas odżyła nadzieja, że uda się odsunąć od koryta tych, których władza do cna zdeprawowała. Jeśli więc nawiążę do tej czerwcowej niedzieli, to w kontekście ślubowania złożonego przez Donalda Tuska, wszak on to spiritus movens demokratycznego wzmożenia Polaków. Szczerze mówiąc, dla mnie słowo „ślubowanie” ma w sobie mniej mocy sprawczej, zaś więcej w nim pobożnych życzeń. Nie miał podobnych wątpliwości lider opozycji, gdy zobowiązywał się wobec Polaków doprowadzić w jesiennych wyborach do zwycięstwa sił demokratycznych, rozliczyć obecnie rządzących z kłamstw, zaniechań i nieprawości, zadośćuczynić ludziom przez tę władzę skrzywdzonym oraz pojednać polskie rodziny.

Nie wiem czy podczas ślubowania Donald Tusk miał z tyłu głowy refren śpiewany w rytmie disco polo, że „wszyscy Polacy, to jedna rodzina”. Jednak, gdy taka naiwność dobrze współgra z ludyczną funkcją estradowych popisów, to u polityka klasy Tuska – razi. Chyba że złożymy ją na karb populizmu, który szczególnie chętnie – niczym Dżin z butelki – uwalnia się w mowach wiecowych. Bo choć wierzę, że szef KO pragnie zasypania rowów między dwoma polskimi plemionami, to nie wierzę, iż on sam wierzy, że to możliwe.

Na pewno nie w najbliższej powyborczej perspektywie, gdyż – co tu kryć – jako współautor tej polaryzacji, Tusk musi mieć świadomość, że to robota na pokolenia. Ja ją mam i choć moja idolka „pracy w słowie”, Agnieszka Osiecka wznosiła modły, pisząc: „Nie daj mi Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości”, zaryzykuję i odwołam się do mojego doświadczenia życiowego. Ono przypomina mi, że zepsuć jest łatwo, ale naprawia się z trudem. Zatem może być ciężko, ale przecież nie beznadziejnie.

Trochę otuchy wlał ostatnio w moje serce … Arkadiusz Jakubik. Zrazu to wyznanie może dziwić, wszak ten ceniony aktor znany jest z ról mrocznych i psychicznie skomplikowanych, niemieszczących się „po jasnej stronie mocy”. Ale to przede wszystkim wrażliwy człowiek, dla którego bycie frontmanem w kapeli „Dr Misio” jest odreagowaniem po mocnym kinie, rodzajem psychoterapii. I właśnie przywołane w „Vivie” zdarzenie z tej odsłony życia Jakubika pozwoliło mi z nadzieją spojrzeć na zwaśnionych rodaków.

Aktor wspomina w wywiadzie, jak ze Smarzowskim wymyślili teledysk do utworu „Pismo”, gdzie był i wysoki rangą hierarcha kościelny, i wymowna super bryka z kupą kasy w bagażniku. Ot, taki antyklerykalny obrazek, w którym jednak połowa „Dra Misia” odmówiła udziału, na co Jakubik tak się wściekł, że chciał rozwiązać zespół. A nie doszło do tego dzięki refleksji aktora przyznającego: „ (…) postawiłem się w roli tych najbardziej aroganckich prawicowych ekstremistów, którzy próbują wmówić nam, jak mamy żyć(…) Uświadomiłem sobie, że odebrałem moim przyjaciołom prawo do wolności (…) o co sam przez całe życie walczę. A przecież to, że się różnimy jest dobre. Różnijmy się! Ale spróbujmy różnić się pięknie, szanujmy drugą stronę”. Aktor złożył samokrytykę, przeprosił i nakręcił teledysk w innym składzie. Gdy zespół to zobaczył przyznał, że ich bojkot był reakcją przesadzoną i dziś nie ma koncertu bez „Pisma”.

Można? Można! Jestem tego pewna, bo wywiad z Jakubikiem przypomniał mi moje osobiste doświadczenie. Stałam niedawno w kolejce do sklepowej kasy i z nudów robiłam przegląd klientów. Naraz wzrok mój przykuło pismo, które na ladę wyłożyła stojąca przede mną pani. A były to „Sieci” braci Karnowskich. Demonstracyjnie ze swego koszyka wyjęłam tygodnik „Polityka”, a PiSowską klientkę, bo tak o niej pomyślałam, zmierzyłam lodowatym wzrokiem. Tymczasem pani miotała się nerwowo po raz kolejny przetrząsając torebkę w poszukiwaniu, jak przyznała, stówki odłożonej na te zakupy. W końcu odwróciła się do mnie mówiąc: „Bardzo panią przepraszam, ale nie wiem co się ze mną dzieje, ciągle czegoś szukam, nie pamiętam gdzie co kładę, denerwuję się, co jeszcze spowalnia moje ruchy. Wiem, że tamuję kolejkę, jeszcze raz przepraszam” – tu głos się jej załamał i w końcu zrezygnowana zapłaciła kartą…

Pani poszła, a ja stałam, jak wryta. I zawstydzona! Bo to była niezła lekcja tolerancji. Bolesna, gdyż ja w tej pani od „Sieci” zobaczyłam siebie! I nic to, że w ręku dzierżyłam „Politykę”, bowiem doskonale rozumiałam jej zagubienie, bezradność w obliczu daremnych poszukiwań portmonetki, czy okularów i coraz bardziej nerwowe ruchy wobec presji kolejkowiczów. Wszystko to wielokrotnie było moim udziałem, powodem do złości, kiedy indziej – do łez. Zdałam sobie sprawę, że choć pewnie inaczej zachowamy się przy urnie wyborczej, to jesteśmy bardzo podobne w naszej nierównej walce z czasem. Więc może nie warto go marnować na wytykanie sobie inności? I poszłabym spać w kojącym duchu pojednania, gdyby nie czart jakiś, co wiódł mnie na pokuszenie. Tak zamiast w objęciach Morfeusza resztę nocy spędziłam analizując uczynki Mateusza – premiera, tudzież panów Ziobry i Kaczyńskiego, ale tu moje pojednawcze odruchy zaliczyły same skuchy.

Podobne artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Pozostańmy w kontakcie

252FaniLubię
463SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -spot_img

Ostatnio dodane