Pewna zaprzyjaźniona Alicja (pozdrawiam serdecznie!) stykając się z sytuacjami trudnymi, szokującymi, czy słabo rokującymi mawiała, że „ręce i piersi opadają”. Kupiłam to powiedzonko z powodu piersi, które czynią wyobrażenie o beznadziejności jeszcze bardziej dołującym. I chyba znalazłam się teraz w takim momencie, bo właśnie opadło mi, co miało opaść, gdy światełko w tunelu gaśnie! Niestety, myślę, że tymczasowo to opadły mi tylko ręce…
Jednak nie nadwątlona uroda biustu jest przyczyną mej chandry, tylko fakt, że nie widzę ostatnio żadnych powodów, by pierś dumnie wypinać. No, może z wyjątkiem Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego, gdy był w stanie szczęśliwości i nieważkości oraz Igi Świątek, która „zagrała w zielone” tak udanie, że wygrała Wimbledon. Co więcej, nawet to, że genueński niż obszedł się z nami łagodnie, a moje Wnusie z dobrymi świadectwami z niedobrej, bo rozdętej programowo acz nieżyciowo szkoły, postanowiły same odrobić tę lekcję i całą ferajną założyły Agro Bistro, nawet to nie potrafi mnie dźwignąć z dołu, w który wpadłam.
A wpadłam tam dzięki wybrańcom narodu. W tym moim, co wkurza szczególnie. Wszak nie jest żadnym odkryciem, że nim osoba bliższa, tym wymierzony policzek boleśniejszy. Tak to działa i już! Chociaż, jak od każdej reguły, są wyjątki. Ten, który ostatnio zagotował we mnie krew jest niewyobrażalnie haniebny, a sprokurowany przez recydywistę w tej materii. Ów dyżurny antysemita, zadał kłam istnieniu komór gazowych w Auschwitz Birkenau! Trudno to komentować, osądzi go historia, ta sama, która daje świadectwo mordu w krematoriach na setkach tysięcy ludzi. Bo współcześnie wymierzonej kary za to ewidentne „kłamstwo oświęcimskie” możemy się nie doczekać.
Otrząsnąwszy się ze wstrętem z tego wątku już chciałam użalić się nad sobą, albowiem działania (zaniechania?) „moich” wybrańców sprawiły, że poczułam się polityczną sierotą. Jednak, nim o tym, muszę jeszcze wspomnieć o innej, też mocno dołującej wypowiedzi. Wprawdzie padła ona z ust „obcych” ideologicznie, to – bądź, co bądź – prezydenckich! Żadna tajemnica, że Andrzej Duda nie jest moim idolem, ale też przez 2 kadencje nie zrobił nic, aby stać się „prezydentem wszystkich Polaków”, w tym moim. Przeciwnie – doktor prawa, a przyłożył rękę do rozmontowania wymiaru sprawiedliwości. Zakończyć swoje urzędowanie też postanowił z przytupem wygrażając nielojalnym (wobec kogo?) sędziom, że trzeba ich rozpędzić i pozbawić przywilejów „stanu spoczynku”. Mało tego, rzucił w przestrzeń supozycję, iż kasta sędziowska tak się buntuje, bo „dawno nikogo nie powieszono u nas za zdradę.”! Powiedzieć, że na takie dictum „ręce i piersi opadają”, to nic nie powiedzieć. W naszym kraju za mowę nienawiści idzie się pod sąd. Teoretycznie…
I tu jest pies pogrzebany. Kiedy napomknęłam o przysłowiowym niknącym w tunelu światełku, miałam na myśli coraz większy deficyt nadziei pokładanej w rządy Koalicji 15 października. W jej sprawność i sprawczość. Demokratyczna większość przez półtora roku nie była w stanie przeprowadzić przez parlament ustawy o związkach partnerskich, że nie wspomnę o liberalizacji barbarzyńskiego prawa antyaborcyjnego! I nie kupuję tłumaczenia, że przecież prezydent Duda i tak by sprawę pogrzebał. Wiara w triumf Trzaskowskiego, w to, że on wszystko klepnie była niczym alibi dla opieszałości, a tak naprawdę dla braku porozumienia koalicjantów. Na co ja, wasz elektorat mam ochotę krzyczeć: to trzeba było wygrać wybory, które były nie do przegrania!
Nie potrafię ukryć, jak wkurza mnie obecny rząd i nie pomagają już tłumaczenia, że po PiSie jest co sprzątać. Bo to rząd, który zdecydowanie za dużo czasu marnotrawi na koalicyjne gierki, a jego rekonstrukcja jest jak yeti – każdy o niej słyszał, ale nikt jej nie zna. Ślimaczy się to wszystko okrutnie, a premier nie oponuje, gdy marszałek Hołownia w tym gorącym okresie wyjeżdża na urlop! Inna rzecz, że po wykryciu schadzek z Kaczyńskim i jego spin doktorami, ja na miejscu marszałka uciekłabym, gdzie pieprz rośnie. Tym bardziej, że tam nie dociera tygodnik „Polityka”, którego lektura mocno zachwiała moją polityczną tożsamością.
A chodzi o artykuł pod znamiennym tytułem „Dygnitarze bez kar?”, który autorka – Ewa Siedlecka opatrzyła znakiem zapytania. Chyba na pocieszenie, bowiem tekst ukazujący metodycznie, nazwisko po nazwisku, stan rozliczeń poprzedniej władzy ma wątpliwy walor depresyjny. Niby wiedziałam, że idzie to wszystko kulawo i ślamazarnie, że poprzednicy byli przewidujący i sprytnie tak żonglowali procesem legislacji, by ten stał się murem nie do przebicia dając im bezkarność. Ale dopiero zebranie tego do kupy na kilku stronach ma moc porażającą! Znana dziennikarka w beznamiętnym, za to bogatym faktograficznie artykule prezentuje aktualny stan rozliczeń władzy spod znaku PiS.
Jest prawdą, że prokuratura ma ręce pełne roboty, ale wygląda na to, że główni konstruktorzy alternatywnego państwa – Jarosław Kaczyński i Zbigniew Ziobro mogą się wywinąć karzącej ręce sprawiedliwości. Choćby w sprawie 2 wież, ten pierwszy nawet nie został przesłuchany, a że jako prezes partii Kaczyński nie jest funkcjonariuszem publicznym, to np. w sprawie wyborów kopertowych można mu postawić co najwyżej zarzut podżegania do przestępstwa. Jeśli chodzi o szeryfa Ziobrę, to oczywiste wydaje się oskarżenie o zakup i użycie Pagasusa, tyle, że on niczego nie podpisywał, podobnie jak w sprawie Funduszu Sprawiedliwości. Tu zresztą konieczne jest przesłuchanie wiceministra Romanowskiego, który, jak wiemy, otrzymał na Węgrzech azyl polityczny, co wyhamowuje śledztwo. Z kolei, gdy mowa o nadużyciach w Narodowym Centrum Badań i Rozwoju pierwsze skojarzenie to Adam Bielan, ale to znowu nie funkcjonariusz publiczny i zarzuty się rozjeżdżają…
Na liście red. Siedleckiej jest jeszcze m.in. premier Morawiecki z zarzutami odnośnie wyborów kopertowych i afery w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, Mariusz Błaszczak obwiniany za ujawnienie informacji niejawnych, Antoni Macierewicz z siedmioma (!) śledztwami w sprawie podkomisji smoleńskiej oraz Daniel Obajtek, który dokonał fuzji Lotosu z Orlenem, co jest materią tak skomplikowaną, że proceder zapewne i przez kilka lat nie znajdzie finału w sądzie. Itp., itd… Jest tego dużo, dużo więcej i choć prokurator krajowy Dariusz Korneluk zapewnia o ukaraniu wszystkich winnych, ja jednak pozwolę sobie w to powątpiewać. Bo do laika dociera taki oto przekaz: dochodzenie sprawiedliwości idzie jak po grudzie, na drodze jak nie azyl, to immunitety, jak nie oczekiwanie na ekstradycję, to zderzenie z chorobą nowotworową. No i nie zapominajmy o sporym gronie prokuratorów, którzy nie wyrywają sobie rękawów, bo tęsknie wypatrują powrotu PiS do władzy.
Dotąd myślałam, że najbardziej straceńcza działka w rządzie to ministerstwo zdrowia, ale po 8 latach Prawa i Sprawiedliwości to przywracanie prawa i sprawiedliwości okazuje się przerastać Koalicję 15 października. A już na pewno dany jej czas. Do wyborów zostało dwa i pół roku, a za chwilę nastanie jeszcze prezydent, który wśród prerogatyw ma veto oraz ułaskawienie i nie zawaha się ich użyć.
KATARZYNA KABACIŃSKA


