-7.8 C
Bydgoszcz
środa, 21 stycznia, 2026
spot_imgspot_imgspot_imgspot_img

… KATARZYNY KABACIŃSKIEJ: Jak pycha w konstytucji się rozpycha

   Widziałam niedawno reklamę któregoś z marketów, gdzie obsługa nakazuje klientowi założyć kask. – Dla ochrony przed spadającymi cenami – brzmi, rzucone z przymrużeniem oka, wyjaśnienie. Ot, marketingowy zabieg, jakich setki, ale mnie się spodobał dzięki natrętnemu skojarzeniu, przed którym nie mogę się opędzić. Oczyma wyobraźni zobaczyłam Karola Nawrockiego uzbrojonego w taki kask mający chronić głowę państwa – dosłownie i w przenośni – przed spadającym z pałacowego sufitu żyrandolem. Od początku było jasne, że nowy pan prezydent bynajmniej nie zamierza ograniczać się do strzeżenia tego symbolicznego już kandelabru. Ale chyba nikt nie przewidział, że jego rosnące z dnia na dzień ego może potrącić słynny żyrandol, co stworzy zagrożenie niewidziane dotąd w prezydenckich komnatach.

Takie obrazki przelatują mi przed oczami od chwili zaprzysiężenia nowego prezydenta RP. Dla większości rodaków był klasycznym „no name”, a został Pierwszym Obywatelem. Ku ogromnemu zaskoczeniu wielu, ale wygląda mi na to, że wybraniec prezesa PiS zaskoczył nawet sam siebie. Dobrze pamiętam nieporadność Karola Nawrockiego, z jaką poruszał się na politycznych salonach w kampanii wyborczej, o dukanym z kartki przemówieniu nie wspominając. Bo też wspomnienie to jest coraz bledsze w obliczu zmian, które w „kandydacie obywatelskim” zachodziły z biegiem czasu, aż do triumfalnej postawy prezydenta przekonanego o swej wyjątkowości z mocy mandatu danego przez wyborców. Tymczasem, K. Nawrocki i jego kontrkandydat R. Trzaskowski dostali po z górą 10 mln. głosów każdy. Można więc powiedzieć, że moc prezydenckiego mandatu to różnica między kandydatami, czyli około 400 tys.głosów, co już nie sprzedaje się tak dobrze.

Ale nic to, gdyż nawet wytrawni obserwatorzy życia politycznego nie mogli przypuszczać, że za zmianami dokonującymi się w obywatelu Nawrockim będzie stała nieodparta chęć zmiany ustroju Rzeczpospolitej! W trakcie kampanii wyborczej grzmiał wprawdzie, że będzie prezydentem aktywnym, że dobrze wykorzysta przysługującą mu prerogatywę legislacyjną. Niby wszystko się zgadzało, ale już po miesiącu urzędowania stało się jasne, że Karol Nawrocki chce rządzić … rządem. I w miejsce rządu – Polską. Zniknęła gdzieś kanciasta postać „słonia w składzie porcelany”, a raczej boksera, który ring zamienił na salony. W pierwszej oficjalnej podróży zagranicznej – na te w Białym Domu oraz te w Watykanie! Wysokie progi…

Może byłabym nawet dumna z polskiego prezydenta, choć na niego nie głosowałam, gdyby nie ta nieskrywana chęć wysadzenia gabinetu Donalda Tuska, którego pan Nawrocki uważa za najgorszego premiera ostatniego trzydziestolecia. Cóż, bywa, że nawet spod najlepiej skrojonego garnituru wychynie bitny chłopak z kibolskich ustawek… Czy to znak, że prezydent nie odpuści i wetami (w pierwszym miesiącu to już 7) sparaliżuje pracę koalicji rządowej? Nie da się tego wykluczyć. A gdy uzmysłowimy sobie jeszcze, że prezydent – zapewne w ramach nauk o sztuce dyplomacji – czasem ugryzie się w język, to „brudną robotę” odwalą jego ludzie. Jak europoseł Bielan na konferencji po spotkaniu z prezydentem Trumpem, gdy był łaskaw oznajmić urbi&orbi, że premier Tusk jest w Białym Domu persona non grata i nie ma doń wstępu! W patriotycznym szkalowaniu umiłowanej ojczyzny sekundował mu prezydencki specjalista od polityki międzynarodowej, Marcin Przydacz, z lubością czyniąc z wicepremiera Sikorskiego „bezczelnego aroganta”.

A mogło być tak pięknie… Bo, racjonalizując, wizytę Karola Nawrockiego w Białym Domu trzeba uznać za udaną. Amerykańscy żołnierze zostaną w Polsce, może nawet w większej liczbie, a po takie zapewnienie jechał do Stanów prezydent RP. Szkopuł w tym, że po pierwsze Donald Trump nie przywiązuje się zbytnio do własnych obietnic, po drugie – wojska zza oceanu mają zostać wycofane z Litwy, Łotwy i Estonii, co czyni wschodnią flankę NATO, w tym Polskę, dużo bardziej bezbronną. To wszystko zatem może okazać się jeszcze, obym się myliła, pyrrusowym zwycięstwem. Nawet wobec zaproszenia Polski na szczyt G20 w przyszłym roku, gdzie – póki co – możemy być jedynie obserwatorem. Zresztą w ramach przeciągania liny między kancelarią prezydenta, a rządem powstał spór czy Trump zaprosił do Miami Karola Nawrockiego, czy Polskę. Panowie, litości!

Małe to, gorszące i – co więcej – fałszujące rzeczywistość. Nie kwestionując chemii między prezydentami Stanów Zjednoczonych i Polski, naiwnością jest twierdzić, że pozytywne wieści z gabinetu owalnego to zasługa jedynie Karola Nawrockiego. Tym bardziej, że dzień wcześniej (a i potem) nasz minister spraw zagranicznych był w USA, rozmawiał z wieloma politykami, spotkał się ze swoim amerykańskim odpowiednikiem i gadali o filmowych koprodukcjach. Trzeba mieć świadomość, że sprawy poruszane podczas prezydenckiego spotkania stawały na agendzie nie raz i jeśli osiągnęliśmy jakiś sukces, to składa się nań praca wielu osób. Tymczasem ekipie prezydenckiej ta oczywistość nie może przejść przez gardło. Inna rzecz, że Radosław Sikorski wprawdzie już nie „dorzyna watahy”, jednak zaczepnych tweetów nie potrafi sobie darować. A mógłby.

Z trudem, bo z trudem, ale staram się zrozumieć, że prezydent Trump jest idolem Karola Nawrockiego. Jednak to jeszcze nie powód, by widzieć w amerykańskim Donaldzie „dobrego wuja Sama”! Szczególnie, gdy ten rozwija przed Putinem czerwony dywan i prezentuje mocno chwiejny stosunek do ściganego za zbrodnie wojenne satrapy. Poza tym Trump to biznesmen i jego przychylność jest wprost proporcjonalna do pieniędzy, jakimi dany kraj zasila NATO, ale przede wszystkim do wysokości sum, które zostawia w kasie Ameryki zbrojąc się tam po zęby. Życzliwość lokatora Białego Domu jest więc kosztowna, będąc jednocześnie niezbędną dla naszego bezpieczeństwa i musimy się z tym pogodzić.

Niestety, pomimo ciągłych zapewnień, nawet o bezpieczeństwie polscy politycy nie potrafią mówić jednym głosem. Przebija się narracja przyznająca nadzwyczajną sprawczość Karolowi Nawrockiemu, który – nie bacząc na to, że polskie prawo nie daje prezydentowi realnej władzy – rozpycha się w konstytucji, jak celnie skomentował tą trudną kohabitację prof. Roman Kuźniar. Wbrew oczekiwaniom, jednak nie bicepsami, nie klatą i nie bokserskimi ciosami prezydent się rozpycha, tylko swoim pęczniejącym ego. Ale, jak mówi mądrość znanej maksymy: „Pycha kroczy przed upadkiem”. I nie o spadający żyrandol tu chodzi.

KATARZYNA KABACIŃSKA

Podobne artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Pozostańmy w kontakcie

259FaniLubię
576SubskrybującySubskrybuj
- Advertisement -spot_img

Ostatnio dodane