Tak z dawien dawna zwykliśmy nazywać czas kanikuły, gdy miasta się wyludniały i życie w pełnym słońcu zdawało się zwalniać i toczyć się leniwie aż do końca wakacji. Lecz od każdej reguły są wyjątki i letni marazm nie dotykał wszystkich, a na pewno nie amatorów kwaśnych (tym razem nie jabłek!) ogórków, którzy na potęgę je kisili, Dzisiaj też kiszą, nikt jednak nie odważyłby się nazwać tegoroczne lato bezproblemowym relaksem i wytchnieniem.
GDY MEDYKÓW APANAŻE OBNAŻĘ…
Już u progu lata bowiem, choć w politycznym garncu wrzało bez przerwy, pokrywka w końcu zeń spadła. I to z wielkim hukiem, gdyż matecznikiem ujawnionej afery stał się Szpital Południowy – oczko w głowie prezydenta Warszawy, Rafała Trzaskowskiego. Który hołubił nową placówkę, ale nie dopilnował (on czy jego służby), że dumę stołecznej ochrony zdrowia trawiła gangrena pazerności, nieuczciwości, kolesiostwa i jeszcze kilku równie groźnych chorób. Ku zdumieniu wielu miała ona twarz niespełna trzydziestoletniego lekarza, który w 2025 roku zarobił 1,6 mln złotych. Medyka jeszcze bez specjalizacji, za to już z funkcją koordynatora SOR-u, wyjątkowo obrotnego działacza Koalicji Obywatelskiej, który miał w sali „za firankami” przyjmować bez kolejki partyjnych kolegów i ich rodziny.
Przyznaję, że sprawa jest bulwersująca, zarobki Dawida K. przyprawiają o zawrót głowy, ale mnie najbardziej zmroził fakt, że gdyby medyk nie był radnym KO z Ursusa i nie musiał składać oświadczenia majątkowego, gorszący proceder mógł trwać jeszcze długo. I gdybyż on był jednostkowy… Jestem w tym wieku, gdy zdrowie szwankuje, więc coraz częściej muszę uciekać się do pomocy prywatnej. Znam ceny w mnożących się, jak grzyby po deszczu, klinikach i ich niezwykłą słabość do wysokoopłacanych procedur. Z jednoczesnym ochoczym korzystaniem ze scedowania na rzecz szpitali publicznych zabiegów skomplikowanych, czy niosących ryzyko powikłań.
W związku z tym, od początku podejrzewałam, że wielu medyków nie pokocha Dawida K., który w przeciwieństwie do nich musiał upublicznić swoje krociowe dochody. Tym samym otworzył puszkę Pandory i teraz pod lupę lawinowo pójdą lekarskie kontrakty. Takie są zapowiedzi, choć nie o jednostkowe korekty tu chodzi, a o uzdrowienie całego systemu. Bo gdy młokos ze Szpitala Południowego pracował nie dość, że po 11 godzin dziennie, to w kilku miejscach jednocześnie, ktoś to akceptował, a wystawiane faktury podpisywał. Znaczy, że widział i wiedział? Na to i wiele innych pytań odpowiedź mają dać liczne kontrole i audyty, które na szpital nasłały skonsternowane władze rozmaitego szczebla. Te z KO wyrzuciły medyka z partii, prezydent Warszawy zwolnił swoje 2 zastępczynie, zaś skruszony bohater oddał pół miliona… Jednak mleko już się rozlało, a niesprzątnięte śmierdzi. Wydawało się, że w tym fetorku opozycja będzie się pławić z satysfakcją, bo dzięki cwaniaczkowi ze stetoskopem dostała w prezencie polityczny samograj. Tymczasem…
OD WIELKICH AMBICJI DO BANICJI
…Afera ze Szpitala Południowego szybko zamieniła się w magiel i wzajemne wypominanie grzechu zaniechania gruntownej reformy służby zdrowia, albowiem w konfrontacji z tym resortem poległy wszystkie rządy. Wątpię jednak, czy to ów (niezaprzeczalny) fakt spowodował, że PiS wypuściło z rąk szansę rozgrywania aż do wyborów afery z KO w roli głównej. Może raczej wytrącił ją partii Mateusz Morawiecki?
Przecierano oczy ze zdumienia, gdy do opinii publicznej dotarło, że ktoś, kto będąc premierem tak zależnym od swego protektora, prezesa PiS, po latach postanowił wybić się na niepodległość. Zdziwieniu towarzyszyło lekceważenie, bo niby jak ma tego dokonać polityk, który zgodził się wziąć udział w farsie tworzenia dwutygodniowego rządu?! Wszystko wskazywało, że rację mógł mieć Zbigniew Ziobro nazywając Morawieckiego „miękiszonem”. Ten jednak, nawykły do zmasowanej krytyki, jak gdyby nigdy nic, uwijał się objeżdżając Polskę wzdłuż i wszerz. Badał, sondował, dyskutował i przekonywał, bo jak się okazało, budował podwaliny pod Stowarzyszenie Rozwój Plus.
Wśród komentarzy przebija się pogląd, jakoby Mateusz Morawiecki postanowił założyć stowarzyszenie nie mogąc przełknąć mianowania pana Czarnka na przyszłego premiera z ramienia PiS. Rzeczywiście, dla kogoś, kto przez 6 lat stał na czele rządu, ten gest prezesa mógł być bolesnym upokorzeniem. Sądzę jednak, że to tylko przelało czarę goryczy, która wzbierała w Morawieckim od dawna. Hardo podnosząc głowę, nie krył już swych politycznych ambicji, a one są z gatunku tych wielkich. Może ponowne premierostwo? Może scheda po Jarosławie i tą drogą sięgnąć po tekę premiera? Może…
Tak czy siak, trzeba wygrać wybory, a na razie w PiS jest taki kociokwik, że nikt nie wie na czym stoi. Kaczyński i jego akolici kuglują, by uniknąć wrażenia, że Morawiecki&Company zostali z partii wyrzuceni, co zdezaktualizowałoby narrację o zdrajcach. I nic to, że prezes zdążył już ogłosić pozbycie się Rozwoju Plus i rzecz jest przesądzona. Natomiast czterdziestka „stowarzyszonych” dba o wizerunek skrzywdzonych i roni łzy na myśl o rozstaniu z PiS, co nie było przeszkodą w utworzeniu odrębnego klubu parlamentarnego. To żałosny spektakl, choć bywa i śmiesznie – np., gdy pan Morawiecki z marsową miną upomina, że „kłamstwo ma krótkie nogi”. Ale długi nos – dopowiadam, bo obywatele nie zapomnieli, jak „luźny” stosunek do prawdy miał były premier, jak legitymizował deformy nielubianego Ziobry. Czy to on odejdzie z PiS, czy zostanie wyrzucony, w jakie piórka nowoczesnego, centrowego polityka będzie się stroił, to nadal ten sam Mateusz Morawiecki! „Bezobjawowy demokrata”, że powtórzę za red. Mariuszem Janickim z „Polityki”.
NA (ŻADNĄ) WŁADZĘ NIE PORADZĘ
W Polsce ciągle żywa jest tendencja do upatrywania w biegu zdarzeń iście makiawelicznej sprawczości, jakoby politycy interpretując fakty, przykrywali jeden drugim. Gdy coś idzie nie po ich myśli, albo generują wydarzenie, które przyćmi to niewygodne, albo faktom występującym obiektywnie przydają znaczenie służące partykularnym interesom. Polaryzacja naszej sceny politycznej sprawia, że zawsze jedna strona, nawet jeśli nie zostanie zmanipulowana, to tak się będzie czuła.
Trudno się nie zgodzić, że afera w Szpitalu Południowym była wyjątkowo nie na rękę stronie sprawującej obecnie władzę. Niby za katastrofalny stan opieki zdrowotnej odpowiadają wszystkie rządy pospołu, ale milioner był działaczem Koalicji Obywatelskiej. Nim jednak opozycja rozniosła ją w pył, w sukurs KO przyszedł… pan Morawiecki, za sprawą którego doszło do politycznego trzęsienia ziemi, jakim niewątpliwie jest rozpad PiS. Przecież od jakiegoś czasu o niczym innym się nie mówi, jak tylko o tym ile szabel ma teraz w parlamencie Kaczyński, a odpowiedź na pytanie czy Mateusz Morawiecki jest jeszcze członkiem PiS zależy od tego, kogo pytać.
Totalny chaos na ogół utrudnia życie, lecz premier Tusk nie ukrywa, że rozłamowy (a może schyłkowy?) stan rzeczy w PiS, tak po ludzku, go cieszy. Jak całą koalicyjną brać, która chcąc ukrócić zauroczenie rodaków „nowym” Morawieckim, przypomina grzechy jego 6-letnich rządów i wysyp afer na niespotykaną skalę. I biłaby z rozkoszą w te bębny jeszcze czas jakiś, gdy nagle sama znalazła się pod obstrzałem. Dosłownie, jeśli wziąć pod uwagę, że chodzi o rakietę manewrującą, która spadła na Lubelszczyźnie i wybuchła w rzepaku! Wprawdzie rakieta była rosyjska, lecz cięgi zbiera koalicja rządowa, ale czy to oznacza, że będące w totalnym kryzysie PiS od dalszej krytyki wybronił … Putin?
Poważniejąc, warto jednak zadać pytanie: dlaczego Koalicji Obywatelskiej dostaje się za Ruskich? Bo rządzi! Niestety, często nieudolnie, choć tym razem jest jakimś usprawiedliwieniem, że sytuacja była bez precedensu. Mimo to, podkreślają rządzący (w przeciwieństwie do min. Błaszczaka), od strony wojskowej wszystko odbyło się zgodnie ze sztuką i procedurami. Jednak administracja, władze cywilne zaliczały wtopę za wtopą, a PiS tylko na to czekało! I doczekało się informacji, że alarm o zagrożeniu zabrzmiał 4 minuty po wybuchu na rzepakowym polu! Że RCB, które poucza nas, co robić, gdy powieje i poleje, tym razem milczało, jak zaklęte. Że w mediach publicznych nie było informacji na czas… Ale to wszystko nic wobec szczerego do bólu wojewody lubelskiego, który przyznał, iż na 17 powiatów syreny (spóźnione) zawyły tylko w 7.! Bo wybudzony ze snu człowiek działał zbyt wolno, inny – chcąc się upewnić co ma robić – wydzwaniał do zwierzchników… A jeszcze gdzie indziej, z braku zdalnej łączności, trzeba było w laczkach puścić się w noc do guzika, który włącza syrenę!
Słuchałam tego z niedowierzaniem, ale zaraz mnie pocieszono, że z całej tej sytuacji zostaną wyciągnięte wnioski. Skróci się łańcuch decyzyjny, przyspieszając reakcję na zagrożenie, powiaty zaopatrzy w sprzęt, by nie latać w dezabilu w poszukiwaniu magicznego guzika, a RCB wyda stosowny komunikat. No, dobrze, załóżmy, że to wszystko zagra, ale co wtedy? Co mam robić, gdzie uciekać? I proszę min. Kierwińskiego, aby w odpowiedzi nie przysyłał mi linku do rozdanej obywatelom broszury. Czekam na adres bezpiecznego miejsca schronienia, tylko tyle. A może aż tyle?
KATARZYNA KABACIŃSKA


