Powiedzieć, że nie jestem fanką duetu Kuba i Kuba, to nic nie powiedzieć, skoro jeszcze kilka dni temu nie miałam pojęcia o jego istnieniu. Teraz wiem, że usłyszałam duet jadąc autem, co więcej – to właśnie z ich utworu wyłowiłam słowa, które ukoiły mą tęsknotę za frazą utkaną z gry wyobraźni i asocjacji. Tak ładny mi się wydał wers „na balkonie stygnie lato”… Skąd, jak się okazało, zaczerpnięto tytuł utworu, który na sopockim festiwalu przyniósł Kubie i Kubie nagrodę „Bursztynowego Słowika”. I fajnie! Jednak, gdy chciałam ustalić autora tekstu piosenki, AI dała mi do zrozumienia, że to praca (bardzo!) zbiorowa. Muszę więc żyć ze świadomością braku odpowiedzi na pytanie czyim pomysłem jest moja ulubiona fraza, ale dam radę.
Dużo gorzej się czuję z utrwalaną dzień po dniu pewnością, że lato to może i stygnie na balkonach, ale na pewno nie na politycznych salonach! Bo tam wrze cały czas, mimo parlamentarnego urlopu i ustąpienia upałów w zamian za opady zbawiennego dla Ziemi spragnionej deszczu. Najwyraźniej nie dosięgnęły one jednak rozgrzanych głów polityków, a szkoda, gdyż przysłowiowy kubeł zimnej wody przydałby się niejednemu. Z drugiej strony, w obliczu sytuacji, gdzie afera goni aferę, gdzie dzień bez skandalu z udziałem polityków jest dniem straconym, trudno się dziwić, że ludziom puszczają nerwy. A, wiadomo, człowiek zapędzony w kozi róg popełnia błędy i tak tym starym towarzyszą nowe… Jeszcze ciepłe, że się tak wyrażę, bo są jak gorący kartofel, który najlepiej podrzucić konkurencji.
To też politycy okładają się wzajem z nieskrywaną lubością i mnie powinna taka towarzyszyć, gdy patrzę, jak to się po prawej stronie sceny politycznej kotłuje! Nic z tych rzeczy, nie żebym tonęła we łzach, ale wielkiej satysfakcji nie mam słysząc prezesa Kaczyńskiego nazywającego trupę Morawieckiego zdrajcami. I odgrażającego się, iż zdrajcy nie mają co marzyć o miejscach na listach wyborczych! Nim jednak zdążyłam zadumać się nad upadkiem naszej, pożal się Boże, klasy politycznej przemówił pan profesor z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, namaszczony przez PiS kandydat na premiera – Przemysław Czarnek. Ów luminarz polskiej nauki raczył postępowanie Morawieckiego określić „skurczysyństwem niebywałym”, na co ja, zamiast przypływu radości z tej bratobójczej walki, odczułam wstyd i zażenowanie.
Dokładnie te same uczucia przywiodły mnie 24 sierpnia na manifestację solidarności z Ukrainą. A taka byłam dumna z rodaków, z ich otwartości wobec wojennych tułaczy, karcąc się przy tym, że sama nie odważyłam się przyjąć uchodźców pod swój dach! Tylko, że ja (i wielu moich przyjaciół) trwam w tych moich, skromnych formach pomocy, podczas gdy w wielu tamta otwartość ustąpiła postawie ksenofobicznej. Nie mogę, nie potrafię tego zrozumieć! Słyszę, że Ukraińcy sami sobie winni, że się u nas panoszą, posuwają do kradzieży, do rozbojów i jeszcze ten ich prezydent zamiast nam bez końca dziękować za pomoc, wyniósł UPA na sztandary! Fakt, historia naszych stosunków nie jest ani łatwa, ani prosta i dużo dobrej woli (po obu stronach!) potrzeba, by zatriumfowała prawda. Tyle, że ja nie sądzę, aby wojna, w której Ukraińcy giną odsuwając Rosję od wschodniej flanki NATO, była najlepszym czasem do rozprawienia się z duchami przeszłości.
Nie ukrywam, że mówiąc o braku akceptacji, ale też zrozumienia dla antyukraińskich ekscesów, z tyłu głowy mam obraz coraz bardziej brunatnego mainstreamu politycznego w Polsce. I to mnie przeraża, bo gdy jakiś pijak w dosadny sposób chce wyprawić Ukraińców do domu, a inny tryglodyta skopie młokosa za język, jakim się posługuje, to wiem, że oni czują przyzwolenie na ten swój niewyrafinowany „dialog” z Ukraińcami. I odkąd zmienił się lokator Dużego Pałacu, a po prawej stronie od PiS wyrosła konfederacka konkurencja, do której robi umizgi pan Czarnek, jest to przyzwolenie płynące z samej góry. W imię miłości bliźniego i wszelkich innych, pusto spełnionych haseł naszej złotoustej narodowo-chrześcijańskiej prawicy. Amen.
Mój, nieodżałowanej pamięci, Tata, zawsze gdy bulwersowała mnie czyjaś postawa, mawiał, bym nie oczekiwała od człowieka czegoś, czego on nie jest w stanie z siebie wykrzesać. I choć na przyswojenie tej prostej prawdy miałam długie lata, nadal grzeszę tamtą naiwnością. Bo niby czego spodziewam się po panu Nawrockim, który nie ukrywa, że jego idolem jest prezydent zza wielkiej wody? A to skojarzenie z wodą przyszło chyba nieprzypadkowo, bo pozostaję pod wrażeniem rozmachu Donalda Trumpa kasującego jednym ruchem Jezioro Ontario, przez które biegła granica między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą. Teraz jest tam Jezioro Ameryka, jak oznajmił światu obrażony na Kanadę pan Trump. Tyle, że ten incydent ma moc kabaretowego skeczu, ale już działania wojsk amerykańskich na innej wodzie, bo w cieśninie Ormuz, do śmiechu nie nastrajają.
Zatem poważnie: gdy się ma za idola samozwańczego władcę świata, to Konstytucja RP z jej ciasno skrojonymi prerogatywami prezydenta musi uwierać! I tak Karol Nawrocki krok po kroku, weto po wecie, luzuje te pęta i sypie piach w tryby rządowej maszynerii, bo święcie wierzy, że na dobre znikną wraz ze zniknięciem rządu Donalda Tuska. Ot i cała filozofia… – wzruszyłabym lekceważąco ramionami, gdybym była przekonana, że ten rząd trzyma się mocno. Tymczasem obraz nie jest bynajmniej zero-jedynkowy i pomijam tu niekończące się kłopoty z rozliczeniami niegodziwości poprzedników, bo one ostatnio nieco przyspieszyły. Nie wytykam rządzącym, że łatwo ich przechytrzyć i twórca prawa i sprawiedliwości a `rebours cieszy się wolnością w Stanach Zjednoczonych, a jego zastępca bawi się z nimi w ciuciubabkę. Ale, nawet pomna, że żarty z nazwiska nie są najwyższej próby, muszę w tym kontekście wspomnieć o ministrze Berku.
Premier Donald Tusk zdumiał mnie jego namaszczeniem na sędziego TK., a on sam tym, że się zgodził. Nie mam żadnych podstaw, by nie wierzyć w jego talenty prawniczo-urzędnicze i postawę oddanego państwowca, więc powtórzę za prof. Łętowską, że „szkoda go” dla tej misji. Czyżby pani profesor misję odbudowy TK przez Macieja Berka uważała za straceńczą? Bo ja trochę tak, minister nie wygląda mi na fajtera, więc boję się, że niezaakceptowany przez pana Nawrockiego, zasili grono „sędziów korytarzowych”. Przede wszystkim jednak nie rozumiem decyzji premiera w zderzeniu z głoszonym (i zapisanym w ustawie wyhamowanej przez prezydenta) twardym postulatem odpolitycznienia Trybunału.
To brak konsekwencji, ale i prezent dla opozycji, podobnie jak Roman Giertych w roli obrońcy „czarnego charakteru” z serialu o giełdzie Zondacrypto – pana Krala. I nie przekonują mnie gładkie formułki, że każdy ma prawo do obrony itp., itd., moim zdaniem zachodzi tu sprzeczność interesów, a już na pewno zgrzyt natury etycznej, co tylko prowokuje PiS do nagonki na rząd. Zupełnie, jakby Tusk zapomniał, że Jarosław Kaczyński jest absolutnym mistrzem od wspominanej już polityki a`rebours, czyli od odwracania kota ogonem. Ja pamiętam, ale myślę, że PiS ma rodaków za idiotów, którym można wcisnąć największą bzdurę i „ciemny lud to kupi”. Teraz na tapecie mamy kompletną aberrację, że za aferę z Zondacrypto odpowiada obecny rząd, choć przeczą temu wyniki licznych dziennikarskich śledztw (czapki z głów!), prawdziwy wysyp dowodów, aresztowania, a nawet nagrania! No, ale leitmotiv o „winie Tuska” pozostaje ciągle żywy i wydaje się być życiodajny niczym tlen dla słabującego prezesa.
Z ostatniej chwili
W piątek salę plenarną Sejmu RP zamieniono w kibolski stadion. I zgodnie z tamtejszą „poetyką” wybrańcy narodu (tego z prawej strony) każde niemal zdanie premiera Tuska kwitowali chóralnym skandowaniem, nieartykułowanymi okrzykami i dzikim wrzaskiem. A chwilowa ministra od kultury (sic!) wcieliła się nawet w psa, co to ukąsić nie da rady, to sobie chociaż poszczeka. Nie jestem psychologiem, ale nie mogłam się opędzić od myśli, że tak zachowują się ludzie z trudem utrzymujący nerwy na wodzy. Chciałabym dodać (optymistycznie), że próbowali zagłuszyć wyrzuty sumienia, jednak nie – oni zagłuszali swój strach. Obudziły go przytoczone przez Donalda Tuska fragmenty zeznań szefa Zondacrypto, które jasno pokazują, jak umoczona w tę aferę jest prawica. I tu – uwaga! – wyciągnięte przez premiera działa wagi ciężkiej, zamiast nakłonić opozycję do odrzucenia weta ustawy cywilizującej rynek kryptowalut, sprawiły, że jest 3: 0 dla prezydenta i hulaj dusza – ustawy nie ma! Tłumaczę to sobie irracjonalnym zachowaniem, jakie w ludziach wyzwala strach, bo na pewno nie jest to logika wolnego (nieuwikłanego) człowieka.
KATARZYNA KABACIŃSKA


